Tylko u nas: Bednar, były gracz Hearts, zdradza kulisy bajkowego sezonu przed starciem o tytuł z Celtic
W środę, gdy Hearts po raz pierwszy od 1960 roku stanęli przed szansą na mistrzostwo, Bednar włożył fioletową kurtkę. To barwy jego ukochanego klubu, w którym spędził dwa sezony, dwadzieścia lat temu.
Na finiszu ekipie z Edynburga zabrakło ledwie kilku sekund. Celtic wyrwał remis, zdobywając bramkę z karnego w dziewiątej minucie doliczonego czasu.
Ten weekend to finał szkockiej Premiership, który może być złoty. Czy Hearts zdołają utrzymać przewagę i przełamać 41-letnią hegemonię klubów z Glasgow?
"Cała Szkocja czeka na to, podobnie jak ja. Szczerze im życzę powodzenia" – wyznał Bednar w wywiadzie dla Flashscore.
Jak przeżywasz walkę Hearts o mistrzostwo?
"To po prostu niewiarygodne! Czuję ogromną więź z tym klubem. To był mój pierwszy transfer zagraniczny... A sam Hearts. Ludzie żartują, że jestem prawdziwym sercem, co brzmi śmiesznie... Wciąż ich obserwuję, a gdy mam okazję, przylatuję. Raz na cele charytatywne, innym razem po prostu na mecz.
Odczuwam euforię. Obecnie każde spotkanie to, można rzec, triumfalny przejazd. Kibice są fantastyczni. Zawsze tacy byli, a teraz podążają za zespołem wszędzie."
Gdy występowałeś w Hearts od 2005 do 2007, czy ktokolwiek myślał o zrzuceniu z tronu jednocześnie Celtiku i Rangersów?
"Pewnego sezonu rozpoczęliśmy od siedmiu wygranych i dwóch remisów, byliśmy liderami. Jednak pod względem finansowym te dwa kluby znajdowały się w innej lidze. Udało nam się zająć drugie miejsce i awansować do kwalifikacji Ligi Mistrzów, jednak strata do Celtiku wynosiła blisko 20 punktów. To było ogromne wyzwanie, mimo że mieliśmy mocny skład z wieloma kadrowiczami. Dziś klub ma silnego właściciela, który posiada także Brighton, i opiera się na analizie danych.
Z tego, co obserwuję, bardzo cenię ich szkoleniowca. Osobiście jeszcze go nie poznałem, ale śledzę wszystkie konferencje. Jest dobrze zorganizowany, świetnie mówi i potrafi radzić sobie z presją. Nie mam mu nic do zarzucenia.
Krótko mówiąc, w tamtych czasach to nie było możliwe, ale teraz jest wielka okazja. Owszem, słyszę opinie, że mistrz Szkocji nie powinien przegrywać pięciu spotkań w sezonie.
Pewne ekipy starają się to bagatelizować, ale ja bym się tym nie przejmował. Celtic i Rangers mają gorszy sezon, a Hearts to wykorzystują. Ja bym ten tytuł brał w ciemno!"
To niesamowite, że minęły już 41 lat, odkąd ktokolwiek poza Celtikiem i Rangersami zdobył mistrzostwo Szkocji, to prawie całe twoje życie...
"Niewiarygodne! Ostatnim razem dokonało tego Aberdeen, gdy na ławce siedział sir Alex Ferguson, co oddaje skalę wyzwania.
Uważam, że oprócz Hibs, czyli największych rywali, oraz Celtiku i Rangers, wszyscy w Szkocji trzymają kciuki za tę bajkę. Chcę w nią wierzyć, bo każdy lubi bajeczne historie." (śmieje się)
Wspomniałeś o szkoleniowcu McInnes. Co jeszcze cenisz u niego?
"To twardo stąpający po ziemi facet, bez zbędnych deklaracji. Zawsze mówi o zespole, o pracy. Nie interesuje go, co dzieje się obok, koncentruje się na sobie i na Hearts.
Obecnie wielu szkoleniowców popada w przesadę i miesza się w sprawy rywali, ale jemu to nie grozi. Słyszałem, że są już nim zainteresowane kluby z Anglii. Z dystansu wygląda na porządnego człowieka."
Masz jeszcze znajomych w klubie?
"Znam kilku dziennikarzy oraz osoby związane z klubem. Mój były partner z boiska Robbie Neilson do niedawna był trenerem drużyny.
Ostatni raz byłem tam jakieś dwa lata temu na meczu Ligi Konferencji. Poza tym, ponieważ zajęliśmy drugie miejsce, a Ruda Skacel miał fantastyczny sezon, ludzie dobrze nas wspominają. Gdy wracam, czuję się, jakbym wracał do domu."
Twoje pierwsze zawodowe trofeum zdobyłeś właśnie tam, zgadza się?
"Zgadza się, zdobyliśmy Puchar Szkocji. Finał rozgrywany był na Hampden Park, czyli narodowym stadionie, co było niesamowitym przeżyciem.
Rywalizowaliśmy z trzecioligowym Gretna, które samo tworzyło swoją bajkę. Mecz zakończył się wynikiem 1-1, a my zwyciężyliśmy w karnych. Idealny finał, ostatnie spotkanie sezonu, wygrane dzięki ogromnej determinacji.
A co działo się później? Wracając z Glasgow mieliśmy autobus bez otwieranego okna w dachu, więc je wyłamaliśmy. Zapytaliśmy, czy wolno, bo i tak było zepsute, i pozwolili. Wdrapaliśmy się na dach, a gdy dotarliśmy na Tynecastle w Edynburgu, zapanowało szaleństwo.
Następnego dnia ulicami miasta przeszła parada, a na chodnikach zebrało się około 150 000 kibiców, wszyscy w czerwonych strojach, tego się nie zapomina.
Przypominam sobie, że ówczesna pani burmistrz Edynburga siedziała z nami na dachu autobusu. I niechcący kilka razy trąciłem ją flagą w głowę, biedaczka."